Efekt IKEA

Efekt IKEA w relacjach. O tym jak mylimy miłość z uporczywym składaniem kogoś, kto nie chce być złożony.

Stoisz nad nim z instrukcją w ręku. Od lat próbujesz go poskładać. Twoje opuszki palców są pozdzierane do krwi od prób wkręcenia śrub empatii. Cała konstrukcja co chwilę pada, od najmniejszego podmuchu problemu, pomimo że używałaś już chyba wszystkich znanych Ci sposobów. Twoje sińce pod oczami pokazują, że od wielu nocy nie śpisz, gdy on obok Ciebie głośno chrapie. Ale on tego nawet nie zauważył. Jesteś sama. Tym razem Ty tego nie zauważasz. Nie przestajesz.

Zmęczone i pokaleczone dłonie kobiety próbujące złożyć chaotyczną drewnianą konstrukcję z rozsypanych części IKEA. Metafora jednostronnego trudu i współuzależnienia w relacji. Psycholog Gliwice Knurów.
Inwestycja, która kosztuje Cię tyle bólu, sprawia, że mózg nie pozwala Ci wyrzucić jej na śmietnik.

Nie przestajesz, bo każda kolejna kłótnia, każdy Twój płacz (umiesz jeszcze?) i każda godzina analizowania jego zachowania z koleżankami, to Twoja inwestycja. A inwestycji, które kosztowały tyle krwi, mózg nie pozwala tak po prostu wyrzucić na śmietnik.

Psychologia nazywa to efektem IKEA. Oryginalnie dotyczy mebli-jeśli jednak sam skręciłeś regał, to choćby stał krzywo, trzeszczał, będziesz go kochać bardziej niż najdroższy designerski mebel z wystawy. Dlaczego? Bo włożyłaś w niego swój trud. Twoje ręce go dotykały, a Twój pot na niego ściekał. Stał się częścią Ciebie.

Najbardziej boli to, że w swojej desperackiej próbie „poskładania”, stałaś się dla niego przezroczysta. Twoja obecność jest dla niego jak powietrze – niezbędna, by mógł swobodnie oddychać, ale zupełnie niezauważalna, dopóki nie zacznie się dusić.

On nie widzi Twojego zmęczenia , bo ono nie pasuje do instrukcji obsługi jego świata. Zauważyłaś to? Zauważyłaś z jaką lekkością angażuje się w sprawy, które go nie dotyczą? Potrafi być budowlańcem, architektem, najlepszym przyjacielem i człowiekiem, na którego wszyscy z tamtego świata mogą liczyć. Buduje, naprawia cudze błędy i pielęgnuje relacje z taką precyzją, jakby od każdego detalu zależało jego życie.

Kiedy wraca, przynosi ze sobą zapach tamtego świata – pełnego entuzjazmu i zaangażowania, którego Ty nie dostajesz nawet w okruchach. On po prostu nie zakłada, że Ty też możesz potrzebować kogoś, kto potrzyma instrukcję, gdy Tobie trzęsą się ręce. Dla Ciebie zostaje tylko tryb oszczędzania energii. Skoro Ty tu jesteś, skoro stoisz, skoro nie krzyczysz, to znaczy, że konstrukcja jest stabilna. Nie czuje potrzeby wkręcenia ani jednej śruby, bo przecież od lat Ty to robisz za niego.

Dla niego jesteś „ogarnięta”. A bycie ogarniętą to najgorsza klątwa, jaką mogłaś na siebie rzucić. To sprawiło, że on przestał patrzeć. Nie dostrzega, że to Ty robisz za wszystkie śruby i wsporniki, trzymając całość własnymi mięśniami.

I tu pęka serce: on wcale nie jest okrutny. On jest po prostu nasycony gdzie indziej.

To ten moment, w którym prawda zaczyna Cię parzyć w oczy , tak mocno, że Twój mózg, chcąc ratować Cię przed bólem, zaczyna pisać alternatywną historię Waszego życia. Bo jak to pogodzić? Jak przyznać przed samą sobą, że Ty- silna, świadoma kobieta-stoisz z zakrwawionymi rękami nad kimś, kto nawet nie podał plastra?

Żeby nie zwariować, zaczynasz uprawiać emocjonalną gimnastykę. Mechanizm dysonansu zmusza Cię do nagięcia rzeczywistości do Twoich starań. Zaczynasz produkować wymówki jak części zamienne, których brakuje w Waszej relacji. „On nie jest obojętny, on po prostu taki ma styl bycia”, „Nie kupił mi nic, bo nie przywiązuje wagi do przedmiotów (choć z namaszczeniem wybierał zegarki z kolegami)”, „Nie stać nas na dom, on ma rację”.

Dysonans to stan, w którym przestajesz walczyć o partnera, a zaczynasz walczyć z własną intuicją. Uciszasz ten cichy głos w środku, który mówi: „To nie tak powinno wyglądać”, bo przyznanie mu racji, oznaczałoby totalną kapitulację. Oznaczałoby, że musiałabyś przestać budować. [Czytaj także: Witaj w stanie derealizacji. Dlaczego mózg przestaje grać czysto?]

To, że potrafisz złożyć szafę z milioma rozsypanych części, nie oznacza, że musisz to robić. Zwłaszcza, gdy on projektuje wnętrze gdzie indziej. Możesz dalej produkować wymówki, które łatają dziury w jego obecności. Tylko proszę, spójrz na swoje dłonie. Są już tak zdarte, że niedługo nie będziesz miała czym trzymać samej siebie.

Czasem aktem odwagi nie jest dalsze budowanie, ale świadome stanie obok i przyglądanie się jak mebel runie. Tak. Spadnie, roztrzaska się. Poczuj go pod swoimi stopami, uwolnij ręce. Wolne ręce są Ci potrzebne do czegoś znacznie ważniejszego, niż naprawianie kogoś, kto czuje się świetnie w swoim zepsuciu. Są Ci potrzebne, żebyś w końcu mogła objąć samą siebie.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *